Josephs.ScotBorowiak Properties Ltd

To były takie czasy, nie zawsze i nie wszystko było legalne

Utworzona: 2023-05-21


Kolejne z serii opowiadań truckerskich od Marka Wers, pod tytułem: Blacha.

To był 2000 rok. Cały ten kapitalizm miał 11lat, i był jak dziecko, jedenastoletnie dziecko, trochę kapryśne, trochę niesforne, trochę rozkrzyczane, niewychowane i pazerne. Robota, jak była, to było dobrze, bo szef, jaki by nie był, w końcu kiedyś zapłacił, może na raty, może po nerwach, ale zawsze. Bywało i tak, że bida aż piszczała. Dorabiało się gdzie i jak się dało. Nie zawsze legalnie. To były takie czasy, nie zawsze i nie wszystko było legalne.

Jednego dnia przyszedł do mnie Piotrek, kumpel z firmy, w której jeździłem fordem transitem, on na magazynie robił, ja na dystrybucji ganiałem. Gadka – szmatka, pusty stoisz? No pusty. To weź się zdrzemnij, po 11:00 wieczorem przyjdę po Ciebie, zarobimy konkretne pieniądze. Dzieciak miał mi się urodzić za trzy miesiące, nie pytałem co i jak. Ważne, żeby zarobić. Przyszedł, wsiedliśmy w auto, ruszamy bez świateł, to była wieś, środek lata, ludzie zmordowani przy żniwach, zbiorach, po prostu już spali.

Dwa kilometry od mojego domu powstawała fabryka. Wielka, potężna budowla. Wokół cegły, worki z cementem, jakieś belki, i sztaple blachy. Bierz się, rzucił Piotrek i zaczęliśmy nosić te blachy, które były na pokrycie dachu do transita. Cicho, po cichutku, po 2 – 3 sztuki. Trochę z jednej sztapli, trochę z drugiej, z trzeciej, czwartej, piątej, żeby nie było widać za bardzo, że tej blachy ubyło. Nosiliśmy, aż na aucie mieliśmy taką jedną sztaplę, równą wysokości tej pierwotnej, to była aluminiowa blacha, miała 1,2m na 2,4m. Cichutko się zawinęliśmy i już daleko za budową włączyłem światła; pojechaliśmy jakieś 12km dalej, do jednego rolnika, który akurat stawiał chłodnię jabłek. Myk – myk, blachę żeśmy zdjęli, zamknęli w stodole, rolnik wypłacił kasę, że aż miło, i prosi o więcej tej blachy.

Pomyślimy – powiedział Piotrek. Szybko wróciliśmy do domu, to było już koło drugiej rano, zaraz świt, ludzie nas nie mogą widzieć, a do roboty mieliśmy dopiero na siódmą rano. Transita dotankowaliśmy z karnistra, żeby na stację nie jechać, żeby nas tam nikt nie widział, kilometry następnego dnia rozpisałem, żeby się zgadzały i cicho-sza. Portfel spuchł, nie powiem. Żonie wszystkiego nie dałem, ale w sobotę pojechaliśmy do miasta i calutką wyprawkę dla dziecka jednego dnia kupiliśmy. Reszta kasy na kupkę, jak się urodzi dziecko też będą wydatki, a może trzeba będzie lekarzowi w łapę dać – różnie wtedy bywało.

Coś z dwa tygodnie później znów Piotrek przyszedł, ruszyliśmy i znów raz po razie, po dwie – trzy blachy pełną sztaplę żeśmy uzbierali. Cieć, co na budce siedział nawet nie wyszedł, choć były momenty, że do okna podchodził, ale to pijus był, nawet jak podszedł, to co mógł widzieć pijany? Komu miałby zgłosić? Wyszłoby, że pił w pracy, zaraz by go wywalili, nawet jak nas widział, to wolał nic nie mówić. Mieszkał w blokach po dawnym PGR, takie tam slumsy pegeerowskiej biedoty bez pracy i przyszłości. W razie czego można było się z nim dogadać, albo go nastraszyć. Nie było niebezpieczeństwa wpadki, ale jak powiedziałem, on i tak większość czasu spał pijany. Nosimy tą blachę, nosimy, najciszej jak się da, maszerujemy z nią przez dziurę w siatce, przez wysoką trawę do transita, który stał przy krzakach na bocznej drodze, znów uzbieraliśmy pełną sztaplę, i znów jedziemy do rolnika. Zrzucamy towar, patrzymy, a ta blacha, cośmy ją rąbnęli poprzednim razem już nie niebieska, tylko taka jasnobeżowa. Pytamy co i jak, a rolnik się śmieje, pokazuje nam sprężarkę, pistolet do malowania i puszki po farbie. Przemalował drań wszystko dla niepoznaki, dziury nawiercił i delikatnie je porozginał, niby że blacha z rozbiórki, trochę już pogięta i widać, że już gdzieś montowana była. A dziury były tak powiercone, żeby jemu do montażu pasowały, taki cwaniak! I wszystko jak za pierwszym razem, paliwo w aucie z karnistra uzupełnione, kilometry rozpisane, śladu nie ma, cicho-sza! Coś tam żonie tych pieniędzy dałem, że niby kup sobie jakieś ubrania fajne, bo lato w pełni, a brzuszek rośnie, żebyś dobrze się czuła i ładnie wyglądała.

Znów minęło trochę czasu, już się wakacje kończyły, znów Piotr przylazł. Idziemy, mówi, po 23:00 będę po ciebie, ostatni transport robimy i szlus, koniec, ryzyko za duże. A tu moja żona do nas mówi, żeby nie iść, że nie wie co tam po nocy robimy, ale dzisiaj nie, bo będzie nieszczęście. Że piątek, że ludzi dużo, młodzież chodzi, ktoś zobaczy, będzie wtopa. Coś Piotra ruszyło i mówi: pójdziemy najpierw się przejść, niby, że nad jezioro na nockę na ryby idziemy. Wzięliśmy wędki, gumiaki, torbę z haczykami, 23:00 się zbliża, ruszamy. Idziemy, drepczemy, papierosy palimy, flaszkę dla niepoznaki też mieliśmy, herbatę w termosie, kanapki, no tak wszystko jak faceci na rybki na nockę. Żona trochę się złościła, ale jej Piotr wytłumaczył, że z wędkami na złodziejkę się nie chodzi. Mruczała trochę, aż w końcu poszła spać.

Cicho, bo droga jeszcze żwirowa była, noga za nogą, spokojnie nad wodę drepczemy, tuż koło budowy. Piotr niby to stanął się odlać, nic, cisza, ale widzę jego oczy, że idziemy dalej, nie oglądaj się, tylko idź, bo jest coś na rzeczy. Tam, gdzieśmy transita stawiali są ślady opon, a na wjeździe też jakieś auto stoi, naszego ciecia dziś w pracy nie ma, czyli dziś nici z roboty. Spokojnie nad wodę drepczemy, wędki w rękach, torby na ramieniu, cicho rozmawiamy o rybkach i idziemy, łukiem dookoła w stronę domu wracamy, przez pola, niby że na rybach byliśmy, że z innego miejsca wracamy spokojnie powoli, po łyczku wódeczki żeśmy zrobili, żeby nas było czuć, i Piotrek polazł w takie chaszcze, żeby resztę wódki schować. Szura w tych chaszczach, gałęzie łamie, a tu nagle na budowie jak syreny nie zawyją, jak światła niebieskie błyskać nie zaczną! O kurwa, Piotrek mówi, to już po nas! – a wargi mu zbielały i ręce się trzęsą. Jak po nas, jak my z pół kilometra od budowy, a tu ciemno i nikogo, tylko nas dwóch!

No nic, ochłonęliśmy, idziemy dalej do domu, dochodzimy, a tu w krzakach, gdzie myśmy transitem stawali na złodziejce, to teraz jakiś robur stary stoi, trzy radiowozy, ludzi kupa! A my nic, spokojnie do domu, tylko niby na chwilę zatrzymaliśmy się popatrzeć o co tam chodzi, nic żeśmy nie wypatrzyli, za długo stać nie wypadało, rozeszliśmy się do domów.

Jednak ktoś nas widział. Jednak ktoś przyuważył. Nie, nie cieć. Żaden też sąsiad, czy policjant. Musiał nas widzieć przy robocie któryś z chłopaków, którzy później wpadli. Po prostu skopiowali nasz pomysł, ale widać ktoś już się zorientował, że blachy ubywa, to pilnowali i zasadzkę zrobili. Wpadli chłopaki na gorącym uczynku, choć jak później mówiono ledwie kilka blach rąbnęli i na roburze je policja znalazła. Nic się nie wydało, tylko przykro było słuchać, że policja i prokuratura całość wyłącznie im przypisała, choć się zarzekali, że oni tylko raz tam byli. Głupio było im w twarze patrzeć, gdy się ich później spotykało… Tyle lat minęło, a co któregoś z nich widzę, to wciąż jakoś mi nieswojo…
Do ulubionych
PREZENTACJA FIRMY
LESZEK Transport i Spedycja Daniel Leszek


NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

NASZE WYWIADY

OPINIE

NASZE RELACJE

Photo by Josh Hild from Pexels