REKLAMA
Namiary na Morze i Handel

Ropa i gaz, czyli rok kryzysów i zmian
Utworzona: 2020-07-31

Rok 2020 dopiero w połowie, a już dostarczył nam potężnej dawki adrenaliny. Tak na scenie globalnej, jak i krajowej, tak w ropie naftowej, jak i w gazie ziemnym. Rzućmy tylko okiem na 3 przypadki – problemy z dostawami ropy do Polski, globalny naftowy kryzys i najciekawsze: odwrócenie się od rosyjskiego gazu. Co warte zauważenia, oznacza to zwrócenie się w stronę morza.

REKLAMA

Porty zyskują na naftowych sporach i usterkach

Polskie porty mogą nieźle zarobić na procesie odchodzenia od rosyjskiej ropy. Proces ten trwa już od ponad 5 lat. Wcześniej udział rosyjskiej ropy w przerobie polskich rafinerii wynosił ok. 95%, czyli prawie całość, oprócz niewielkich ilości wydobycia krajowego i niezbędnego importu komponentów lżejszych od ropy Urals. Jednak w 2014 r. nastąpił przełom i zaczął się szybki spadek udziału rosyjskiej ropy w przerobie polskich rafinerii.

W ub.r. udział rosyjskiej Rebco (inaczej Urals) wyniósł jedynie 61,8% z przerobionych przez nie 27,2 mln t ropy (0,3 mln t więcej r/r). To dużo mniej niż jeszcze rok wcześniej, gdy wynosił on 68%. Wypchnięcie rosyjskiej ropy zapewniło dużo przestrzeni innym producentom. Miejsce to zajęła przede wszystkim ropa z Arabii Saudyjskiej (14%), ale także Nigerii (5%), USA (2,6%) czy Wielkiej Brytanii (2,4%). Z punktu widzenia gospodarki morskiej te nowe źródła mają potężną przewagę – import odbywa się morzem. Trend zwiększającego się importu ropy dla rafinerii widać jasno: jeszcze w 2010 r. było to 1,5 mln t ropy, w 2014 r. 5 mln t, by w 2019 r. dojść do prawie 16 mln t.

Efektem tego jest znaczący wzrost obrotów Naftoportu. Pytanie jednak, czy zyskuje polska gospodarka i konsumenci? I tu właśnie jest problem, bo odpowiedź brzmi (dla niektórych paradoksalnie): nie! Wcześniej bowiem Polska zarabiała na eksporcie ropy z Rosji przez Gdańsk, a ropa do rafinerii szła rurociągami. Teraz idzie z morza do rafinerii. Różnica ekonomiczna między eksportem a importem jest dość oczywista. Wcześniej sprzedawaliśmy za granicę usługę przesyłu (tak jak np. tranzyt gazu przez Ukrainę), a zewnętrzni kontrahenci opłacali koszty i przynosili zyski. Dla całości gospodarki to plus. Gdy importujemy coraz więcej ropy, to port ma zwiększone przychody, ale opłaca to wewnętrzny konsument, czyli przekształca się to w koszt dla gospodarki. Drobna zmiana – kierunek przeładunku ropy – to dla ekonomii narodowej dokładnie odwrotny skutek...

System dostaw ropy do polskich rafinerii opiera się bowiem na rurociągu „Przyjaźń”, największym systemie naftowych rurociągów na świecie, który – zbudowany w latach 60. XX w. – zapewnia najbezpieczniejsze i najlepiej ekonomicznie uzasadnione dostawy ropy z Rosji. Ale i ten system zawodzi, a stało się tak w ub.r., gdy 24 kwietnia Polska zamknęła rurociąg „Przyjaźń”, przesyłający przez Polskę prawie 50 mln t ropy rocznie. W tym momencie włączyły się 2 elementy krajowego systemu bezpieczeństwa. Pierwszy to rezerwy strategiczne, które latami leżą pod ziemią, wiążąc zresztą ogromne zainwestowane w nie pieniądze. Jest ich w Polsce na ponad 3 miesiące pracy rafinerii, przechowywane są przez Agencję Rezerw Materiałowych. Drugi element systemu to właśnie dostawy z morza, czyli Naftoport. Natychmiast po zakręceniu zaworów na „Przyjaźni” rozpoczął się gwałtowny ruch tankowców. Infrastruktura terminalu, który powstał jeszcze w 1974 r., zaś najnowsze instalacje wybudowano w 2015 r., w ub.r. pokazała swoją skuteczność, dlatego katastrofa jakościowa po stronie rosyjskiej nie zagroziła pracy rafinerii, a braku surowca z przez 46 dni unieruchomienia „Przyjaźni” zupełnie nie odczuli ani producenci, ani konsumenci paliw.

Pytanie, czy te 5 stanowisk przeładunkowych o rocznych możliwościach 40 mln t pozwoli na pełne zaspokojenie potrzeb zakładów w Gdańsku i Płocku? Polsce potrzeba 27 mln t ropy (2019 r.) i całkiem sporo paliw, bo aż 10,5 mln t. Ale trzeba także zaspokoić potrzeby zakładów rafineryjnych w Niemczech, ponieważ w sytuacjach kryzysowych od lat mają one wykupione gwarancje przesyłu ropy z Naftoportu. Rostock jest zbyt małym i płytkim portem, aby zaspokoić potrzeby Schwedt i Leuny w przypadku braku ropy z rurociągu. Dlatego przeładunek nawet 2,2 mln t surowca w maju ub.r., do podziału między 4 rafinerie, nie jest wystarczający, by zabezpieczyć pracę na pełnych obrotach. Jednak może wesprzeć korzystanie z własnych zapasów technologicznych i państwowych rezerw materiałowych na wypadek kryzysu.

Znamionowa deklarowana moc Naftoportu – owe 40 mln t rocznie – wymagałaby przyjmowania ponad 3,3 mln t miesięcznie, a w czasie wiosennego kryzysu 2019 r. w szczytowych chwilach natężenia zakupów z morza na redzie czekało 7 tankowców. Pytanie więc, czy port realnie może przyjąć o 50% więcej ropy niż przyjął w maju 2019 r.? Na to może odpowiedzieć tylko praktyka.

Naftowy kryzys, jakiego nigdy nie było

Na początku br. w branży naftowej wybuchł potężny kryzys. Na skalę globalną, bo i przyczyna była globalna – pandemia koronawirusa, która w intensywnie skomunikowanym świecie dosięgnęła każdego zakątka globu. Cóż się stało? Otóż okazało się, że najważniejszy, podstawowy pewnik branży naftowej, że „zawsze będą odbiorcy” – nie jest prawdą. Klient zniknął, kierowcy przestali odwiedzać stacje, zostali po prostu zamknięci w domach przez rozmaite formy walki z pandemią: kwarantannę, lockdown itd. Cała rozpędzona maszyna wydobycia, transportu i dystrybucji najważniejszego światowego produktu nagle musiała wyhamować i prawie stanęła w miejscu.

Najlepiej i najdokładniej widać to było w USA, gdzie doskonałe statystyki pokazywały, że popyt na benzynę w ciągu tygodnia obniżył się o połowę. Połowa klientów zniknęła w jednej chwili. Z drugiej strony napłynęła fala tsunami zwiększonych ilości ropy naftowej, którą na rynek rzuciła Arabia Saudyjska. W tym samym bowiem czasie kartel OPEC+ pękł i sojusz producentów zamienił się w wojnę handlową o rynki ropy.

Wiedeńskie spotkanie 6 marca br. zakończyło się klęską dla OPEC+, ogłoszono że „od 1 kwietnia nie obowiązują żadne ograniczenia”. I nie brzmiało to jak primaaprilisowy dowcip. Saudyjski książę Mohammed bin Salman bin Abdulaziz al-Saud zapytany, czy królestwo ma plany zwiększenia produkcji, odpowiedział: „Jeszcze się zdziwicie”. I rzeczywiście – 1 kwietnia Saudi Aramco pokazało światu swoją potęgę: z portów wyruszyła wielka flotylla największych tankowców na cały świat. Wydarzenie sfilmowano i nagłośniono. Arabia Saudyjska zastosowała taktykę spalonej ziemi, żeby konkurencję mocno zabolało. Ropa płynęła przede wszystkim do Europy, na rynek zajęty przez Rosję. Dużo wcześniej Saudowie ogłosili potężną obniżkę cen, ogromne upusty, aż do 8 USD na baryłce ropy. Jednocześnie podwyższyli wydobycie ropy – z 9,7 mln baryłek dziennie w marcu do 12,3 mln w kwietniu.

Konkurencja była zabójcza, klientów brakowało, a wydobytą ropę trzeba było gdzieś magazynować. Więc gdy już napełniły się magazyny na lądzie, zaczęto używać do tego tankowców. Wobec czego koszt wynajmu tankowców strzelił w górę ponad 3-krotnie (przez moment nawet 10-krotnie). Tankowce nie płynęły tylko do Europy, ale także do Ameryki. I działo się to w tym samym momencie, gdy stacje benzynowe świeciły pustkami. To spowodowało interwencję z najwyższego poziomu. Prezydent Donald Trump wkroczył na scenę i twardą ręką doprowadził do globalnego układu, który również był ewenementem w historii ropy naftowej. Otóż wszyscy producenci ropy – 23 kraje – zgodziły się obniżyć produkcję. I to aż prawie o 1/4. Argumenty musiały być twarde i „nie do odrzucenia”, jak choćby w przypadku Arabii Saudyjskiej, której prezydent USA zagroził wycofaniem parasola militarnego i pozostawieniem sam na sam z Iranem. Negocjacje, telefony, posiedzenia trwały długo, ale w efekcie producenci zobowiązali się do bolesnych cięć wydobycia. Od maja potężna różnica między brakiem popytu i nadmiarem podaży skurczyła się znacząco.

Zanim to się dokonało, swoją partię zagrały giełdy. Spekulanci zareagowali natychmiast po informacji o zerwaniu sojuszu, notowania brytyjskiej Brent i amerykańskiej West Texas Intermediate (WTI) jeszcze w piątek, dniu klęski negocjacji, uderzyły z hukiem o podłogę. Spadek o 4,72 USD, czyli 9,4% wartości, był największy w tej dekadzie. Ale to był dopiero początek. Ceny Brent zaczęły błyskawicznie spadać jak piłka po schodach: 9 marca o 24% w dół, 16 marca o 11%, 18 marca o 13%. Przez 2 kolejne tygodnie ropa jednego dnia spadała o 1/4 wartości, by kolejnego powrócić do poprzedniego poziomu. Po tym ostrym trzęsieniu ziemi okazało się, że były to najgorsze tygodnie w historii naftowych giełd. WTI w pierwszym tygodniu po krachu negocjacji i rozpoczęciu wojny cenowej przez Saudów spadła o 23%, w kolejnym o 29%, kończąc na 22,63 USD. Dla porównania – zaczynała rok na poziomie 62 USD!

Ale to był dopiero początek naftowej spekulacji. Apogeum spekulacyjne osiągnięto 20 kwietnia 2020 r., która to data wejdzie do annałów historii ropy i spekulacji na giełdach towarowych. Nigdy się coś takiego nie zdarzyło – od 1983 r., gdy rozpoczęto obrót instrumentami pochodnymi na giełdzie w Chicago. Dla niektórych był to wręcz czarny poniedziałek. Cały świat zakrzyknął: „Cena ropy spadła poniżej zera!”. W poniedziałek 20 kwietnia wydarzyło się to, co wydawało się nie do pomyślenia: cena ropy spadła poniżej zera. I to jak spadła! Kontrakty majowe na ropę West Texas Intermediate o godz. 2:24 po południu osiągnęły dno warte -40,32 USD za baryłkę. Minus czterdziestu dolarów! Jednak, na szczęścia dla producentów, tylko na chwilę. Dzisiaj notowania Brent przekroczyły już 40 USD. Ale o ile na giełdzie kryzysy i wzrosty przebiegają szybko, o tyle w realnej gospodarce skutki odczuwa się o wiele dłużej. W ropie naftowej popyt na paliwa, szczególnie lotnicze, będzie się odbudowywał latami.

Gaz nie z Rosji, a z morza

W niedzielę 17 maja 2020 r. o godz. 8, zakończył się kontrakt z 1996 r. między EuRoPol Gazem a Gazpromem, dotyczący przesyłu przez Polskę gazu ziemnego z Rosji do Niemiec. Był on drugim elementem „kontraktu stulecia”, uzupełniając umowę o dostawach gazu. Równoważył i zabezpieczał warunki dostaw, tworząc podwójny układ surowcowy, w którym Rosja miała mieć bezpieczny tranzyt, a Polska tani gaz. Jednak to już historia – Polska przestała być państwem tranzytowym między Rosją a Europą, zakończył się pewien etap w historii polskiego gazu.
Skutki tego odwrócenia się nadeszły natychmiast. Rosjanie po zakończeniu kontraktu wstrzymali przesył gazu tranzytem przez Polskę. Już w piątek 15 maja br. przesył zaczął spadać. Początkowo nieznacznie – ze zwykłego wcześniej poziomu 740 GWh dziennie na wyjściu w Mallnow, początkowo o kilka procent dziennie, by we wtorek 26 maja spaść praktycznie do zera. W tym czasie gaz do Polski (nie tranzytem) płynął normalnie – na wejściu w Kondratkach, gdzie zwykle wchodziło 920 GWh/d, dostawy spadły do 135 GWh we wtorek 26 maja. Import szedł też normalnie przez Drozdowicze, które codziennie odbierały z Ukrainy 57 GWh gazu. Z tego aż 43 GWh wracały od razu na Ukrainę przez Hermanowice.

Z drugiej strony rosyjskie przesyły przez Morze Bałtyckie rurociągiem Nord Stream ani na chwilę nie spadły. Równo szły po 1750 GWh/d (58 mld m3 rocznie), kilka procent powyżej mocy znamionowej (55 mld m3). Od południa rosyjski gaz szedł przez Ukrainę i w słowackich Wielkich bez większych wahań, codziennie płynęło 1120 GWh gazu. To 40 mld m3 rocznie, czyli tyle, ile Rosja zobowiązała się (ship-or-pay) przesyłać w tym roku przez Ukrainę. Płaci za to tak czy inaczej, więc lepiej przesłać, niż tego nie zrobić.

To była krótkotrwała demonstracja, od czerwca przesył osiągnął poziom 80% wykorzystania Jamału (wcześniej był on wykorzystywany prawie w stu procentach). Jednak przez te kilka dni Rosjanie przećwiczyli wyłączanie tranzytu gazu przez Polskę z pełnym wykorzystaniem obejścia północnego i południowego. Zbadanie reakcji systemu przesyłowego na szybkie zmiany kierunków dostaw, optymalizacja ustawień przy wyłączaniu jednego kanału tranzytu... A jednocześnie wysłali sygnał Polsce: możemy się obyć bez was, możemy korzystać wtedy, kiedy będzie to nam potrzebne albo nie korzystać wcale.

Nam to ponoć nie straszne, Polska ma plany zastąpienia rosyjskiego gazu LNG gazem z Norwegii. Część polityków mówi o całkowitym wykluczeniu rosyjskiego gazu, inni bardziej dyplomatycznie mówią praktycznie to samo. To będzie ewenement na wzór Ukrainy. Najbliżej leżący geograficznie odbiorca największego dostawcy gazu do Europy odcina się od dostaw! Na Ukrainie jednak użytkują głównie gaz własnej produkcji, a ciągle spadająca konsumpcja wkrótce doprowadzi do tego, że własne wydobycie będzie zaspokajało potrzeby. Nie będzie problemu rosyjskiego gazu. Natomiast w Polsce gaz zastępuje węgiel i jego zużycie szybko rośnie, więc coś będzie musiało zastąpić rosyjski surowiec.

I wiadomo co. Kontrakty już podpisane: PGNiG na 20 lat zobowiązało się do zakupów prawie 12,5 mld m3 gazu rocznie. To ponad 60% naszych potrzeb. Dlatego rozwój gazoportu w Świnoujściu i plany pływającego terminalu w Gdańsku są szybko wdrażane w życie.

Z kolei dostawy z Norwegii są pod większym znakiem zapytania. PGNiG wykupiło ok. 8 mld m3 rocznie w budowanym Baltic Pipe. I na tej bazie 15-letniego zobowiązania do przesyłu buduje się dzisiaj nowy rurociąg. Jednak wydobycie naszego gazowego monopolisty spada tak w Polsce, jak i w Norwegii. Plany o imporcie „własnego gazu” są dzisiaj marzeniem ściętej głowy. Na dodatek całkowite wydobycie gazu w Norwegii od kilku lat szybko spada. Znaki zapytania gromadzą się nad tym projektem jak chmury gradowe. Jednak wszystko da się załatwić przy pomocy pieniędzy. Te dużo droższe dostawy LNG, jak i niepewne dostawy norweskie zostaną wzmocnione tym, co jest dzisiaj powszechnie praktykowane w tak zwanej „transformacji energetycznej”. Koszty przerzuca się na odbiorcę i najłatwiej to zrobić w wypadku odbiorcy najsłabszego. Fachowo nazywa się to „socjalizacja kosztów”.

ANDRZEJ SZCZĘŚNIAK
Namiary na Morze i Handel
Do ulubionych Namiary na Morze i Handel
Photo by Josh Hild from Pexels