REKLAMA

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Po Europie z aparatami na uszach

Od dziecka kochał samochody – bawił się nimi, rysował, rozmawiał o nich. Szczególnie interesowały go ciężarówki – marzył o możliwości poprowadzenia takiego kolosa. Jednocześnie od najmłodszych lat zmagał się z niedosłuchem. Pomimo to został zawodowym kierowcą. Dopiął swego.

Mateusz od najmłodszych lat zmaga się z głębokim obustronnym niedosłuchem. Komunikowanie się ze światem umożliwiają mu aparaty słuchowe. Opowiada o swojej pasji związanej z motoryzacją, zwłaszcza tą ciężką, oraz o tym, jak został zawodowym kierowcą. Pracuje w transporcie od 8 lat. Poznajcie jego historię…

Przejażdżka Starem 200

Niezapomnianą przygodą z dzieciństwa była pierwsza przejażdżka Starem 200 mojego wujka. Auto było w popularnym zielonym kolorze, z podwójnymi, okrągłymi reflektorami zamontowanymi w masywnym, czarnym zderzaku. Jego zabudowę stanowiła skrzynia ładunkowa z burtami i plandeką na stelażu.

Od tamtej pory sukcesywnie zgłębiałem wiedzę na temat ciężkiego transportu samochodowego. Dużo czytałem o ciężarówkach, stosowanych w nich rozwiązaniach technicznych i rozwoju ciężkiej motoryzacji. Z początku nie było łatwo, gdyż w szkolnych i miejskich bibliotekach nie znalazłem zbyt wielu tytułów traktujących o pojazdach użytkowych. Później poszło dużo łatwiej, gdy Internet zagościł w moim domu. Przez pewien czas byłem także tzw. TruckSpotterem, a swoje zdjęcia udostępniałem na jednym z for poświęconych tematyce transportu samochodowego. Sprawiało mi to wiele frajdy i ciągle chciałem wiedzieć więcej o ciężarówkach, transporcie i logistyce.

Im starszy byłem, tym bardziej nurtowało mnie pytanie, czy z powodu niedosłuchu możliwe będzie zrealizowanie marzenia o prowadzeniu 40-tonowych kolosów? Zastanawiałem się (i pytałem o to innych), czy będę mógł zdobyć wymagane uprawnienia i legalnie pracować za kółkiem? A może życie mnie zmusi do odłożenia marzeń na półkę? Długo nie mogłem uzyskać odpowiedzi na te pytania. W końcu, 10 lat temu, postawiłem pierwsze kroki na drodze do realizacji marzenia.


Pierwsze kroki

Na początek odwiedziłem kilka ośrodków szkolenia, w których często słyszałem, że nikt mi nie wyda zawodowego prawa jazdy. W końcu udało mi się zapisać na kurs kategorii C finansowany z funduszy europejskich przeznaczonych na aktywizację zawodową osób niepełnosprawnych. W aparatach słuchowych bez problemu przeszedłem badania lekarskie wymagane do rozpoczęcia kursu. Lekarz wypełniając stosowne dokumenty wskazał na brak przeciwwskazań zdrowotnych z zastrzeżeniem, że prowadząc ciężarówkę muszę mieć aparaty słuchowe na uszach (jest to wyszczególnione w prawie jazdy pod pozycją 12).

Po wykonaniu badań przystąpiłem do kursu – szybka teoria i w końcu upragnione jazdy i manewry 2-osiową Scanią 94L z zabudową kontenerową. Byłem szczęśliwy! W czasie jazd, mimo podwyższonego poziomu hałasu, dało się normalnie rozmawiać i słuchać poleceń instruktora. Egzamin na prawo jazdy kat. C zdawałem w Ostrołęce – na Scanii w podobnej konfiguracji. Udało się za pierwszym podejściem.

Następnym krokiem było zapisanie się na kurs prawa jazdy C+E, który odbyłem w tym samym ośrodku. Do Scanii dołączyła przyczepa centralnoosiowa z zabudową skrzyniową. Obycie z nowymi gabarytami gładko mi poszło i z każdym kolejnym manewrem podobało mi się coraz bardziej. Egzamin na prawo jazdy C+E oblałem w pierwszym podejściu przez mały błąd popełniony na placu manewrowym jeszcze przed sprzęgnięciem podwozia z przyczepą. Druga próba powiodła się bez komplikacji.

Nie tylko po bułki do sklepu

Abym mógł zacząć pracę jako kierowca w firmie transportowej, a nie tylko jeździć ciężarówką po bułki do sklepu, brakowało mi kwalifikacji wstępnej (KW). Ponownie trzeba było wykonać badania lekarskie i testy psychotechniczne, jednak tym razem określające czy mogę pracować jako kierowca zawodowy, a nie tylko prowadzić pojazdy ciężarowe. Poszło trochę trudniej – kilkoro lekarzy „na wejściu” powiedziało, że nie wydadzą mi orzeczenia zezwalającego na pracę, gdyż w ich mniemaniu niedosłuch mnie dyskwalifikuje. Upierali się, iż badania mogę przejść pomyślnie bez aparatów słuchowych, których mogę używać jedynie jako narzędzie wspomagające. W końcu zmienili zdanie i udało mi się wykonać badania, oczywiście z aparatami słuchowymi na uszach.

Przyszła pora na KW, której część teoretyczną określiłbym jako nudny pokaz slajdów uzupełniony mało przydatnymi informacjami lub takimi, jakie już znałem z kursu na prawo jazdy. Tylko kilkanaście slajdów można było uznać za ciekawe i uzupełniające wiedzę – większość z Was na pewno wie o co chodzi. Dużo ciekawsza była część praktyczna, która w moim przypadku oznaczała trening na płycie poślizgowej, gdzie nabywało się umiejętności przydatne na drodze. Gdy prawo jazdy było już gotowe, od razu wysłałem wniosek o wyrobienie karty kierowcy do tachografu cyfrowego.

Muszę w tym miejscu podkreślić, że nigdy nie spotkałem się z dezaprobatą czy złośliwością ze strony instruktorów i egzaminatorów. Ze zrozumieniem przyjmowali prośbę o to, aby zwracali się do mnie artykułując wyraźnie kolejne polecenia.


Poszukiwanie pracodawcy

Z kompletem wymaganych dokumentów zacząłem szukać pracy będąc jeszcze na studiach. Chciałem pracować dorywczo, jednak nie udało się. Poszukiwałem pracy jeszcze przez ponad 3 miesiące po zakończeniu studiów. Wykonałem w tym czasie setki telefonów i wysyłałem swoje aplikacje do dziesiątek firm o różnym profilu, także świadczących usługi komunalne i budowlane. Głównym problemem był mój brak doświadczenia, choć w rozmowach z szefami i rekruterami dało się wyczuć, że nie są przekonani do zatrudnienia osoby z aparatami słuchowymi.

Prawdą jest, że pojazd ciężarowy to nie zabawka – ryzykowne jest powierzenie drogiego narzędzia pracy i jeszcze droższego ładunku młodej osobie bez doświadczenia. Rozumiałem to, ale i tak byłem sfrustrowany takim obrotem spraw. Zajmowałem się innymi rzeczami aż w końcu zadzwonił telefon, a głos z drugiej strony zapytał czy nadal poszukuję pracy. Nareszcie!

Na głęboką wodę

Ktoś dał mi szansę i jednocześnie rzucił na bardzo głęboką wodę – oferował pracę w transporcie na Wschód, głównie do Rosji. Oczywiście wcześniej słyszałem opowieści o tym, co się dzieje na tamtejszych drogach i ogólnie jak wygląda jazda na Wschód. Miałem przez chwilę mieszane uczucia, uznałem jednak, że to moja szansa i powinienem podjąć wyzwanie. Pojechałem na spotkanie z przyszłym szefem, który, jak się okazało, prowadzi małą, rodzinną firmę z 4 zestawami plandekowymi. Rozmowa przebiegła w miłej atmosferze. Ustaliliśmy, że stanę się częścią zespołu, ale najpierw muszę wyrobić paszport i wizy pracownicze do Rosji i Białorusi. Paszport, co prawda, miałem już od kilku lat, choć z mało aktualnym zdjęciem. Urzędnicy zgodzili się wydać pierwsze wizy na stary paszport, ale polecili wyrobić nowy. Na przyznanie wiz i nowy paszport trzeba było poczekać około 3 tygodni. W tym czasie jeździłem po Polsce z szefem, który chciał sprawdzić czy nadaję się do tej pracy. Konieczne stało się też obycie z dokumentami i wszelkimi procedurami, które towarzyszą transportom na wschód. Sprawdzian wypadł pomyślnie.

W końcu nadszedł ten dzień… Ku mojemu zaskoczeniu, w pierwszą trasę nie pojechałem w podwójnej obsadzie tylko od razu przydzielono mi zestaw, którym jeździłem sam. Praca była jednak tak poukładana, żebyśmy zawsze jechali przynajmniej we dwóch i w razie czego mógłbym liczyć na pomoc doświadczonego kolegi. To była najlepsza szkoła jaką mogłem sobie wymarzyć!

Praca w tej firmie bardzo mi się podobała. Oprócz największych miast (Moskwa, Petersburg) miałem okazję zwiedzić spory kawałek Rosji, aż po Kaukaz i przedgórze Uralu. Każda trasa była inna – dostarczała nowych wrażeń i doświadczeń. Kontakt z Rosjanami nie sprawiał mi problemów – uczyłem się tego języka w szkole średniej i na studiach. Moja radość nie trwała jednak długo. Wkrótce pojawiały się problemy z transportami na Wschód, wprowadzano kolejne embarga i ograniczenia, a służby graniczne stawiały nowe wymagania. Na granicach traciło się mnóstwo czasu i cierpliwości. Było to coraz bardziej męczące, ale też i niepewne, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Zakończyłem pracę w rodzinnej firmie z potężnym bagażem doświadczeń.


Pod presją czasu

Później zawodowy los rzucił mnie na szlaki wiodące głównie z Polski do Włoch. Wszystko było inne: brak granic, mniej dokumentów i procedur, znacznie większy ruch na drogach, problemy ze znalezieniem miejsca postojowego na parkingach przy autostradach, ciągły pośpiech... Nie miałem problemu z porozumiewaniem się z Włochami – to bardzo otwarci i życzliwi ludzie, na dodatek mocno gestykulują, co ułatwiało komunikację na zasadzie „trochę japą, trochę łapą”. Udało mi się też zobaczyć Skandynawię, w której się zakochałem i do której chętnie bym wrócił. Najmilej wspominam Finlandię – otwarci ludzie, kulturalni kierowcy, bardzo dobre drogi, a do tego przepiękne widoki. Miałem też okazję posmakować transportu krajowego, a obecnie jeżdżę do Grecji.

Mów do mnie „drukowanymi literami”

Mój niedosłuch nie stwarzał większych przeszkód w wykonywaniu codziennych zadań. Jedynie tam, gdzie było naprawdę głośno (firmy, magazyny), miałem pewne trudności w kontaktach z obsługą. Czasem pojawił się kłopot, gdy ktoś był zbyt nerwowy i niecierpliwy żeby powtórzyć jeszcze raz to co chciał przekazać. Najczęściej problemy z komunikacją pojawiały się w... Polsce. Być może dlatego, że tutaj najczęściej zaczynałem i kończyłem zlecenia transportowe. Niektórzy pracownicy magazynów, widząc polską ciężarówkę, zakładali z góry, że kierowca zna wszystkie firmowe procedury oraz plan zakładu (wie gdzie są biura, plac załadunkowy, rampy, toaleta itp). Zdarzało się, że poproszony o wskazanie drogi magazynier odburknął coś odwracając się na pięcie, przez co nie miałem szansy zrozumieć co powiedział. Niektórzy wątpili w to, że jestem Polakiem, skoro nie rozumiem co do mnie mówią. To było nawet zabawne...

Cóż, pewne osoby nie zdają sobie sprawy z tego, że mówią bardzo niedbale, bełkoczą, seplenią czy mają inną wadę wymowy, co utrudnia komunikację. Nawet ludzie posiadający wiedzę o moich aparatach słuchowych i tym, że w niesprzyjających warunkach trzeba do mnie mówić „drukowanymi literami”, często nie przywiązują do tego wagi. Wychodzą z założenia, że aparaty muszą sobie poradzić zawsze i wszędzie. Otóż nie, to jest tylko urządzenie elektroniczne, które nie działa tak samo jak ucho potrafiące znacznie lepiej rozróżniać i segregować dźwięki na potrzebne i zbędne. Aparaty słuchowe zbierają wszystkie dźwięki z otoczenia, szczególnie z głośnego, i często te najmniej ważne są najbardziej wyeksponowane i zakłócają komunikację. Istnieje oczywiście możliwość zaprogramowania aparatu, żeby był mniej wrażliwy na szumy, piski lub dźwięki o określonych częstotliwościach, jednak nie na tyle, aby w pełni dopasowywał się do określonej sytuacji.


Zwykłe życie, normalna praca

Komunikacja z innymi kierowcami nie sprawia mi problemów. Spotykani kierowcy niejednokrotnie z zaciekawieniem pytają, jak to się stało, że osoba z aparatami na uszach wylądowała za kierownicą. W swoim zawodowym życiu spotkałem dwóch kierowców z podobnymi problemami do moich. Jeden z nich, jeżdżący ciągnikiem z naczepą, miał na tyle mały niedosłuch, że mógł sobie poradzić bez aparatu. Drugi był kierowcą busa do 3,5 tony, który, tak jak ja, musiał mieć aparaty ciągle na uszach, żeby móc się porozumieć. Miał zamiar zwiększyć zakres swoich kwalifikacji zawodowych i przesiąść się na ciężarówkę. Trzymam za niego kciuki.

Współczesna medycyna i nowoczesne technologie pomagają osobom niedosłyszącym w realizacji życiowych i zawodowych zamierzeń. Do tego stopnia, że inni ludzie mogą się nawet nie zorientować, że ich rozmówca ma problem ze słuchem. Dodajmy do tego systemy wspomagające pracę kierowcy w nowoczesnych ciężarówkach, a także inne przydatne rozwiązania, z których korzystamy na co dzień (słowniki, translatory, aplikacje w smartfonach itp.) – dzięki nim wszytko jest możliwe.

Pozdrawiam wszystkich kierowców zawodowych w dniu naszego święta, oraz wszystkich członków i sympatyków grupy Kierowcy Dzieciom.

Szerokości!

Autor: Mateusz Bugała
Oprac. redakcja etransport.pl
Do ulubionych
Photo by Josh Hild from Pexels