Inspekcja Pracy jest jedną z tych instytucji, która nie spełnia obecnie oczekiwań ani przedsiębiorców, ani pracowników. Nic więc dziwnego, że zaplanowano jej reformę. Sam w sobie pomysł zmian nie budzi w nas protestu, bo instytucja tego typu musi nadążać za trendami, zmianami na rynku pracy i tym, jak zmienia się rynek. Problem jest jednak inny. Zaplanowano rewolucję, przewrót kopernikański i z nieprzygotowanej do tego instytucji planowano zrobić „super-urząd” z kompetencjami, które w pierwszej wersji projektu ustawy byłyby momentami analogiczne do tego, co może robić sąd pracy. To nie mogło się udać ocenia Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.
Największe obawy przedsiębiorców dotyczyły sytuacji, w których inspektorzy mogliby arbitralnie ingerować w formę współpracy, nawet wtedy, gdy obie strony świadomie wybrały model B2B. Wskazywano, że taka decyzja mogłaby mieć negatywne konsekwencje zarówno dla firm, jak i dla samych pracowników, bez realnej odpowiedzialności po stronie urzędu. Choć w kolejnych wersjach projektu pojawiały się próby złagodzenia niektórych zapisów, m.in. w zakresie trybu odwoławczego, istota reformy- zdaniem biznesu- pozostawała bez zmian.
Północna Izba Gospodarcza pozytywnie oceniła decyzję premiera o zatrzymaniu prac nad ustawą i zapowiedziała gotowość do dalszych rozmów z resortem pracy. Przedstawiciele biznesu podkreślają, że reforma Inspekcji Pracy jest potrzebna, ale powinna koncentrować się na funkcji kontrolnej i eliminowaniu patologii, bez nadmiernej ingerencji w legalnie funkcjonujące modele zatrudnienia.
Podobne stanowisko prezentuje Katarzyna Opiekulska, dyrektor zarządzająca LSJ HR Group, która zwraca uwagę na zróżnicowanie współczesnego rynku pracy. Jej zdaniem nie każda branża może być oceniana według tych samych schematów, a próba narzucenia jednego modelu współpracy całej gospodarce może prowadzić do pogłębienia problemów zamiast ich rozwiązania.
